Po koncercie Katarzyny Groniec

Jak sama przyznaje w poniższym wywiadzie, w Olsztynie gości dosyć często, choć na tegorocznych Spotkaniach Zamkowych „Śpiewamy Poezję” nie wystąpiła. Na jej koncercie 10 listopada w CEiIK znów zgromadził się komplet słuchaczy.
Wyszła na scenę z latarką, a gdy zabłysło więcej światła, wdrapała się na czerwone pudło. Wtedy widzowie zobaczyli, że ubrana jest na czarno, ale stopy ma bose, podobnie jak towarzyszący jej dwaj muzycy (choć ten przy pianinie był w białych skarpetkach). Pieśniarka wyjaśnia, że ta nowa tradycja narodziła się podczas letniego koncertu w Krakowie, gdy było tak gorąco, że muzycy zdjęli obuwie. I tak już zostało. Katarzyna Groniec prezentowała piosenki z najnowszej płyty „Listy Julii”, ale przeplatała je bardziej znanymi i lubianymi utworami, spośród których największe wrażenie zrobiły „Bigotki”, mały spektakl muzyczny. A że artystka nie prowadzi ze słuchaczami dialogu podczas koncertu, porozmawialiśmy z nią  - w ich imieniu - po występie. 

Wystarczy, że rozmawiam z myszą

Rozmowa z Katarzyną Groniec, pieśniarką, autorką tekstów

– Na najnowszej płycie „Listy Julii” wyśpiewuje Pani listy miłosne do Romea...
– Nie, to nie są listy do Romea, tylko listy do Julii pisane przez przeróżnych ludzi, niekoniecznie o miłości. Na przykład  piosenka „Otchłań potępienia” jest o klonowaniu, zaś „Prawie bym się dała nabrać” o starej ciotce, raczej stroniącej od miłości do bliźniego, uważającej  swoją rodzinę za durniów i wydziedziczającej ją z majątku.
– W jakimś wywiadzie przyznała Pani, że jest osobą nieśmiałą. Podobno do udziału w musicalu „Metro” przyprowadził Panią Piotr Hajduk, kolega z rodzinnych Gliwic. Pani sama by się nie odważyła?
– Na eliminacje do „Metra” we Wrocławiu przyjechaliśmy razem. Mieliśmy wtedy po 16-17 lat, bo Piotr jest starszy o rok. Też śpiewał, uczył się grać na kontrabasie i zaczynaliśmy w jednym zespole. Samej na pewno byłoby trudniej.
– Reżyserowane przez Janusza Józefowicza „Metro” ruszyło w 1991 roku. Byłem na tym spektaklu w Teatrze Dramatycznym, gdy musical zyskał już rozgłos w kraju. Pani grała tam główną rolę Anki, Robert Janowski był Janem, a wyróżniała się też Edyta Górniak. Ale i później Wasze życie artystyczne toczyło się jedną drogą, np. w Teatrze Buffo?
– Bardzo krótko, bo Robert nagrał swoją pierwszą płytę, Edyta  zajęła drugie miejsce na konkursie Eurowizji, więc szybko zwinęli się z teatru. Ja zostałam na dłużej występując w wielu spektaklach, dopiero w 2000 roku nagrałam płytę „Mężczyźni”.
– No właśnie, wygląda, że mężczyźni odegrali dużą rolę w Pani rozwoju artystycznym. Najpierw Janusz Józefowicz w „Metrze” i w Teatrze Buffo. On odcisnął jakieś piętno na Pani twórczości?
– Na twórczości nie, ale na mojej drodze artystycznej do pewnego stopnia tak. Był moim pierwszym nauczycielem, zresztą bardzo surowym, wymagającym, więc nauczyłam się bardzo wielu rzeczy. Myślę, że wszystkiego, co stanowi podstawę tego zawodu. Natomiast później spotykałam wielu innych ludzi, którzy mnie inspirowali, z którymi współpraca  powodowała, że otwierały się nowe możliwości twórcze i pojawiały przeżycia, których nie jest w stanie dostarczyć jedna osoba.
– Bo ważną rolę odegrał na przykład nieżyjący już Grzegorz Ciechowski?
– Grzegorz Ciechowski, Wojtek Kościelniak, Piotr Dziubek, wie pan, spotkałam bardzo wiele osób, które miały istotny  wpływ na rozwój mojej osobowości i drogi artystycznej.
– Czyli tytuł „Mężczyźni” był raczej przypadkowy?
– Wziął się od tytułu piosenki „Mężczyźni, którym się podoba moja twarz”, do wiersza Wiktora Woroszylskiego. Początkowo w tytule płyty miała być cała fraza, ale uznaliśmy, że trzeba go skrócić do jednego, ale jakże nośnego słowa.
– Pani z kolei ma predyspozycje aktorskie, co widać i słychać podczas piosenki „Bigotki” czy też zabawnego dialogu z myszą. Nawet wystąpiła Pani kiedyś w Teatrze Telewizji...
– W sztuce „Wieczory i poranki” Pawła Mossakowskiego.
– I nie rozwijała Pani tego talentu?
– Nie zabiegałam o inne role, bo jednak bardziej pasjonuje mnie muzyka, która daje mi wystarczająco dużo radości i satysfakcji. No i piszę teksty do swoich piosenek.
– Kilkanaście lat temu wygrała Pani Przegląd Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, gdzie nagrodą był samochód, o którym podobno Pani zapomniała?
– Tak, to był rok 1997. Byłam bardzo wzruszona, że wygrałam ten przegląd, a na dodatek dostałam nagrodę dziennikarzy, więc z tego wrażenia zapomniałam o odebraniu głównej nagrody. Po kilku dniach dostałam telefon, że czeka na mnie Cinquecento, w którym zresztą zrobiłam sobie kilka zdjęć do prasy, po czym pojechałam do domu. Nie jeździłam nim, bo jeszcze nie miałam prawa jazdy. Dość szybko go sprzedałam, odłożyłam pieniądze, wzięłam kredyt, rodzice trochę dołożyli i kupiłam pierwsze, upragnione mieszkanie.
– Ale już ma Pani prawo jazdy?
– Oczywiście, już od dziesięciu lat.
– Także swoim jeździ Pani na koncerty? I zabiera całą ekipę?
– Nie, muzycy są z Wrocławia, a ja zabieram menadżerkę i - jak pan widział - jednocześnie oświetleniowca Magdę Falkowską oraz scenografię. A drugim wozem jadą muzycy. Właśnie jesteśmy w trasie, wiec jeździmy z koncertami od miasta do miasta, więc w tygodniu zrobię pewnie ze dwa tysiące kilometrów.
– W Olsztynie bywa Pani dosyć często?
– Kilka razy z rzędu byłam na Spotkaniach Zamkowych „Śpiewajmy Poezję”. Najpierw występowałam pod słynną lipą, potem już bez niej. A oprócz tego na koncertach w tej właśnie sali (CEiIK – przyp. MK). Lubię nieduże sale, bo łatwiej nawiązać kontakt z publicznością.
– Ale w czasie koncertu nie rozmawia Pani ze słuchaczami, choćby jednostronnie?
– Wystarczy, że rozmawiam z  myszą.

Rozmawiał (po koncercie) Marek Książek

Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Warmia i Mazury
na lata 2007-2013.

© 2009 Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych w Olsztynie.
Projekt graficzny i wykonanie techniczne: CIRUTdesign.